|
||||
|
| O PFCG | |
| KODEKSY | |
| DOBRE PRAKTYKI | |
| RANKINGI | |
| PRAWO | |
| ENCYKLOPEDIA | |
| PUBLIKACJE | |
| EUROPA | |
| POLSKA | |
| LINKI |
Poznaj corporate governance
z właściwej strony
|
|
Postulat wykorzystywania w pracach rad nadzorczych (rad dyrektorów) instytucji tzw. komitetów pojawia się w większości europejskich kodeksów corporate governance czy zbiorów dobrych praktyk. O komitetach rady nadzorczej wspomina zbiór dobrych praktyk przyjęty w ubiegłym roku przez GPW. Problem ten jest też zamarkowany w tzw. kodeksie gdańskim przygotowanym w ramach prac Polskiego Forum Corporate Governance. Omówieniu użyteczności tego rozwiązania poświęcona była dyskusja relacjonowana na łamach Gazety Bankowej 10 marca 2003 r.).
Komitet ds. nominacji rekomendujący kandydatury nowych członków rady dyrektorów jest instytucją o wieloletniej tradycji szczególnie na gruncie rozwiązań anglosaskich. W ostatnim czasie proces nominacji stał się przedmiotem szczególnie ostrej krytyki ze strony amerykańskich akcjonariuszy, inwestorów instytucjonalnych oraz mediów. Komitetom ds. nominacji zaczęła się uważnie przyglądać amerykańska komisja papierów wartościowych za sprawą głośnej petycji przedłożonej przez amerykańskich aktywistów corporate governance. Jeśli szef SEC William Donaldson uzna, że obecne rozwiązanie jest niefunkcjonalne amerykański ład korporacyjny czeka kolejna zmiana.
Ustawa Sarbanesa-Oxleya (SOX) z 2002 roku powstała z myślą o zapewnieniu akcjonariuszom większej ochrony, co było mocno akcentowane jeszcze we wcześniejszym 10-punktowym planie prezydenta George’a Busha. Ustawodawca skoncentrował się jednak na działalności audytorów wprowadzając wiele obostrzeń dotyczących ich działalności, procedur powoływania i kontrolowania audytora. Powołano nową agencję (Public Company Accounting Oversight Board) odpowiedzialną za nadzorowanie branży audytorskiej oraz nałożono wymóg niezależności wszystkich członków rady dyrektorów zasiadających w komitetach ds. audytu. Pomysł zwiększenia roli członków niezależnych podchwyciła giełda nowojorska przygotowując nowe rekomendacje z zakresu nadzoru korporacyjnego dla spółek publicznych nakładające obowiązek, aby przynajmniej połowa członków rady dyrektorów spełniała kryterium niezależności.
Niezależność członków rad dyrektorów jest praktycznym i powszechnie stosowanym rozwiązaniem mającym ograniczyć oportunizm menadżerów. W świetle ostatnich wydarzeń rozwiązanie to wydaje się jednak funkcjonować właściwie przy założeniu, że inwestorzy mają realny wpływ na skład rad. W praktyce jest on niestety ograniczony. Istota zarysowanego problemu wynika z pewnego niefortunnego przepisu (chociaż mógł być on korzystny na owe czasy) ustawy o publicznym obrocie papierami wartościowymi z 1934 roku. Stanowi on, że jeśli akcjonariusz (lub grupa) zamierza wprowadzić swoją propozycję do porządku obrad WZA (np. propozycję kandydatów do rady) – rozsyłanego do wszystkich akcjonariuszy - musi dysponować akcjami o wartości co najmniej 2 tys. USD lub 1 proc. udziałem w kapitale spółki w okresie nie krótszym niż 12 miesięcy. Jednak nawet ci spełniający te warunki mają bardzo ograniczony wpływ na przeforsowanie własnych kandydatów do rady, co w praktyce sprowadza się do tego, że muszą głosować na kandydatów rekomendowanych przez komitet ds. nominacji będący na ogół pod przemożnym wpływem menadżerów. Dzieje się tak za sprawą zasady przyznającej spółce (de facto menedżerom) prawo odmowy uwzględnienia propozycji akcjonariuszy dotyczącej przedstawiania kandydatów. Spółka publiczna w kwestii formalnej musi zwrócić się tylko do Komisji o pozwolenie, by nie uwzględniać przedłożonej propozycji. Jak wskazuje praktyka, Komisja z reguły przychyla się do próśb menedżerów. Nic więc dziwnego, że aktywni inwestorzy sceptycznie podchodzą do instytucji niezależnego członka rady, który nadal w znacznym stopniu będzie zawdzięczał swoją nominację prezesowi zarządu.
Akcjonariusze mogą przeciwstawić się decyzjom zarządu odrzucającym ich propozycje składając pozew grupowy przeciwko spółce (tzw. class action lawsuit). Mogą także zabiegać o „skonsolidowanie” pełnomocnictw na walne zgromadzenie (tzw. proxy contest) z czego jednak rzadko korzystają, gdyż koszty obrony poniesie spółka a nie oportunistyczni menadżerowie. Dodatkowo sam proces zaktywizowania rzeszy drobnych akcjonariuszy wymaga spełnienia szeregu kosztownych formalności (może to wiązać się średnio z wydatkiem od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy dolarów).
Pierwszy przypadek, gdy akcjonariusze spróbowali wprowadzić swojego kandydata do rady dyrektorów – pomijając komitet ds. nominacji – miał miejsce w kiepsko zarządzanej spółce Sears. Robert Monks – największy amerykański aktywista-akcjonariusz – podjął tam walkę o fotel w radzie dyrektorów w maju 1991 r. Menadżerowie spółki wydali wówczas ponad 5 mln USD z kasy firmy, żeby uniemożliwić Monksowi wejście do rady, którego szanse za sprawą zebranych pełnomocnictw były bardzo wysokie. Aby „zlikwidować” niewygodnego outsidera wystarczyło, że kierownictwo poprosiło 3 lojalnych dyrektorów o zrezygnowanie ze stanowisk. Wskutek tego zmniejszyła się liczebność rady i wzrósł próg głosów koniecznych do uzyskania fotela w radzie. Monks ostatecznie przegrał tę bitwę.
Dyskusja o sposobie wysuwania kandydatur do rad dyrektorów nie zrodziła się w ciągu ostatnich miesięcy. Wręcz przeciwnie jej początki sięgają lat 40. XX w., kiedy to sama SEC była inicjatorem zmian umożliwiających akcjonariuszom dobór kandydatów. Szybko jednak wycofała się z tego pomysłu na skutek silnej opozycji Kongresu. W następnym okresie wiele razy próbowano przyznać akcjonariuszom realne uprawniania w tej kwestii, jednak za każdym razem brakowało porozumienia i konsensusu.
Kryzysy korporacyjne w USA po raz kolejny skłoniły aktywistów do podjęcia walki o swoje prawa. Znany inwestor i popularyzator tematyki corporate governance James McRitchie pod koniec 2002 r. złożył w SEC petycję postulując zmiany przepisów umożliwiające ograniczenie roli komitetów ds. nominacji. Petycja mająca poparcie słynnego funduszu CalPERS oraz Rady Inwestorów Instytucjonalnych została przyjęta przez SEC z obietnicą przeprowadzenia szczegółowego przegląd obecnych regulacji dotyczących nominowania dyrektorów. „Jeśli Komisja zdecyduje się przyznać akcjonariuszom prawo do przedstawiania kandydatur do rad dyrektorów, to wówczas będziemy świadkami prawdziwej rewolucji corporate governance w USA” – można przeczytać w wielu prasowych komentarzach. Z dobrym przykładem wyszła Apria Healthcare Group Inc., która od następnego WZA umożliwi akcjonariuszom włączenie się w proces nominacji.
Propozycje zmian przestawione przez aktywistów corporate governance mogą przełamać kontrowersyjny system zakulisowej „koronacji” i utworzyć mechanizm realnych wyborów oparty o mechanizmom rynkowy. Silne konkurowanie o fotele dyrektorów może na nowo uaktywnić mechanizm przejęć w źle zarządzanych spółkach i osłabić funkcjonowanie kosztownych dla spółki mechanizmów ochrony przed przejęciami.
Pomysł ustawowego wprowadzenia na gruncie polskim tzw. komitetu governance (de facto komitet ds. nominacji), który miałby wyłączne kompetencje powoływania członków rady nadzorczej zaproponowany ostatnio na łamach Naszego Rynku Kapitałowego (05/2003) może więc okazać się importem przeterminowanego towaru.
(artykuł ukazał się w Gazecie Bankowej z dnia 7 lipca 2003 r.)
| zjednoczenie.com |